Jeffery Deaver – Spirale grozy

„Spirale grozy” to drugi (po wydanych rok wcześniej „Spiralach strachu”) zbiór opowiadań Jefferya Deavera, amerykańskiego pisarza znanego na całym świecie m.in. dzięki takim powieściom jak „Kolekcjoner kości” czy też „Panieński grób”.

Zebrane w tym tomie opowiadania potwierdzają, że Deaver to autor, który wciąż znajduje się w najlepszej fazie swojej twórczości. Wszystkie teksty, choć ich tematyka jest bardzo zróżnicowana, łączy jedno ‑ przewrotne zakończenie. Sam autor twierdzi zresztą we wstępie, że efektowne zwroty akcji to dla niego podstawa sztuki tworzenia krótkiej formy literackiej. „Opowiadanie przypomina pocisk wystrzelony przez snajpera” - pisze Deaver i otwarcie przyznaje, że główną siłę tego uderzenia stanowi u niego zaskoczenie.Bez względu na to, czy zgadzamy się z tym, czy też nie, trzeba podkreślić, że Deaver uzyskuje doskonałe rezultaty. Przede wszystkim jest autorem, który w pełni posiadł sztukę błyskawicznego wciągania czytelnika w wir wydarzeń przedstawianych w swoich opowieściach, a nastrój grozy buduje, wychodząc często od zwykłych, codziennych sytuacji.„Poniedziałek zaczął się fatalnie” - to początek opowiadania „Zabójca z South Shore”. Jego bohater, Charles Monroe, jedzie rano pociągiem do pracy i właśnie powoli szykuje się na zwykłą porcję porannych służbowych rozmów. Mimo to pierwszy ostry dźwięk telefonu komórkowego zaskakuje go na tyle, że Charles brudzi kawą spodnie. Jest tym bardziej wściekły, gdy okazuje się, że dzwoni żona, którą wiele razy prosił o to, by telefonowała tylko w razie jakichś nagłych wypadków. Złość mu nie przechodzi, choć po chwili dowiaduje się, że tym razem żona ma mu do przekazania wiadomość bynajmniej niecodzienną - w okolicy znaleziono ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. To już trzecia z kolei taka zbrodnia, a ze względu na podobieństwo pewnych okoliczności można założyć, że sprawca w każdym przypadku był ten sam. Żona oczywiście martwi się, by kolejną ofiarą nie był Charles. Ten jednak, uważając te obawy za mocno przesadzone, stara się ją jak najszybciej zbyć, a gdy wreszcie mu się to udaje, dzwoni do kolejnych osób: do swojej kochanki oraz do szefa konkurencyjnej firmy.

W końcu Charles dociera do pracy, reszta dnia układa mu się nadspodziewanie dobrze. Jakaś ulotna mgiełka niepokoju wisi jednak w powietrzu i czytelnik przeczuwa, że coś wkrótce musi się wydarzyć. I słusznie - nagle, jakby za zasadzie efektu domina, wszystko zaczyna sypać się w życiu bohatera. A gdy na dodatek następuje coś, czego nie dałoby się przewidzieć w najczarniejszych scenariuszach, Charlie uświadamia sobie, że wszystkie nieszczęścia zaczęły się w tym momencie, gdy poprzedniego dnia w pociągu wylał na siebie kawę i długo rozmawiał przez telefon.

Zupełnie zwyczajnie zaczyna się też opowiadanie „Lęk”. Młoda dziewczyna wyjeżdża ze swoim chłopakiem na weekend. Nie wie, dokąd jadą, bo miała to być niespodzianka. W trakcie podróży zaczyna ją jednak stopniowo ogarniać niepokój, a wkrótce dociera do niej, że wpadła w straszliwą pułapkę…

I ten właśnie element, prócz wspomnianych na samym początku zaskakujących zwrotów akcji, jest tak charakterystyczny dla opowiadań Deavera: zwyczajność, w której najpierw pojawia się zaburzenie, a potem stopniowo nakręca się spirala grozy. Zwyczajna zdaje się również sytuacja, w której matka czeka na wizytę niewdzięcznej córki („Zepsuta do szpiku kości”), zwyczajne są marzenia samotnego czterdziestolatka, który pragnie poznać bliżej swoja nową piękną sąsiadkę i nie wie, jak się do tego zabrać („Podglądacz”) - ale ta zwyczajność to tylko pozory, pod którymi wkrótce pokazuje się drugie, a nawet i trzecie dno i na pewno wiadomo tylko jedno - nic nie jest takie, jak się wydaje.

Deaver doskonale posiadł sztukę kreacji postaci, co godne podziwu jest zwłaszcza w odniesieniu do krótkiej formy literackiej; i choć niektóre opowiadania w tomie liczą zaledwie po kilkanaście stron, to każde z nich jest jak obraz, nakreślony ręką mistrza, któremu wystarczy kilka ruchów pędzlem, by z białego tła wydobyć wyraziste kształty.